Telefon, kaloryfer, dokument


   Politechnika Warszawska zdobyła sobie pozycję ważnego ośrodka naukowego dzięki pracy wielu naukowców. Jednak, żaden z nich nie byłby w stanie dokonywać odkryć naukowych w najlepiej nawet wyposażonym, ale nie ogrzewanym laboratorium. Na dodatek bez dostępu do telefonu bądź internetu.
   Kiedy chodzimy po PW, mijamy drzwi z napisem "Węzeł telekomunikacyjny". Niektórym pracownikom przechodzą przez ręce dokumenty z klauzulą "tajne". Inni z kolei opracowują procedury, dzięki którym politechniczne życie ma być łatwiejsze, a jeszcze inni chodzą podziemnymi korytarzami, żeby sprawdzić, czy nie cieknie zawór od centralnego ogrzewania. To ludzie nie związani z nauką i dydaktyką, ale bez których Politechnika by nie działała.
   Najwięcej takich jednostek, jak to się u nas określa, mieści się w kamienicy przy Noakowskiego 18/20, w kamienicach Izaaka Lewenfisza i rodziny Grosglicków-Groniowskich. W roku 1944 odbudowano je z przeznaczeniem dla Polskiego Radia, z właściwym dla urzędów tzw. układem korytarzowym. Centralna Administracja PW działa w tym miejscu od roku 1970.
   W oficynie kamienicy mieści się Dział Telekomunikacji. Jego pracownicy czuwają nad funkcjonowaniem telefonów na PW oraz teleinformatyką dla Centralnej Administracji.
   Większość połączeń odbywa się drogą radiową. Ma to swoje minusy, bo już kilka razy zdarzyło się, że jedna z central przestała mieć łączność ze światem, mimo że wewnętrzne numery działały. A wystarczy, że chociaż jeden aparat na czyimś biurku zamilknie, od razu urywają się telefony. O ile pracownicy działu mają do czynienia z awarią, to pół biedy. Gorzej, gdy trzeba wyłączyć wszystkie telefony. Jest to specyficzne działanie, bo rozmowy telefonicznej nie można zatrzymać, tak jak na przykład przesyłania e-maili. Wyłączenie fonii na Politechnice można wykonać praktycznie tylko w godzinach nocnych.

234, mówi się

   Tak było półtora roku temu, kiedy wdrożono nowy system telefoniczny. Dla przeciętnego użytkownika wiązało się to z zapamiętaniem trzech nowych cyfr: 2, 3 i 4, zamiast dotychczasowej liczby 660 na początku każdego numeru. Zastąpił, działający od roku 1994, pierwszy na uczelni technicznej, system telefoniczny o własnej numeracji. Chociaż działał on sprawnie, należało pomyśleć o nowym rozwiązaniu technicznym i jednocześnie zmniejszyć koszty. W pracach, oprócz teleinformatyków, wzięła udział specjalna komisja powołana przez rektora.
   Dzięki temu od maja 2006 roku połączenia wewnętrzne na PW są w cenie abonamentu, a "dzwonienie" na komórki kosztuje naszą uczelnię jeden grosz za minutę.
   - Mimo że system działa już ponad rok, ciągle go "dopieszczamy". Za rok powinien działać całkiem bez zarzutu - mówi dr Andrzej Ignaczak, kierownik Działu Telekomunikacji.
   Wprowadzanie nowych rozwiązań wiąże się z przebudową elementów architektonicznych. Kłopoty dotyczą najczęściej budynków zabytkowych, gdzie każda zmiana musi zostać zatwierdzona przez architekta. Dlatego nawet przeciągnięcie kabla może być problemem.

500 luksów

   Szkolenie z zasad bezpieczeństwa i higieny pracy kojarzy się z odbębnieniem trzech godzin w sali na szóstym piętrze przy Noakowskiego. Nie dość, że zabiera ono czas, to jeszcze trzeba słuchać o bliżej nieznanych luksach (jednostka natężenia światła), których ma być w pokoju 500... Zakazane jest też wdrapywanie się na fotel na kółkach w celu poprawienia zasłon... Nie ma jednak rady - szkolenie musi przejść każdy świeżo przyjęty pracownik i doktorant PW.
   Inspektorat BHP odpowiada za to, żeby po paru latach pracy nie doskwierały nam kręgosłupy, nie groziło noszenie coraz silniejszych okularów albo żebyśmy skądś nie spadli, gdzieś nie wpadli.
   Kierownik Inspektoratu BHP, Marianna Frydrycka, mówi, że w bezpieczeństwo trzeba nieustannie inwestować. Nie sposób policzyć oszczędności, jakie przynoszą te wydatki. Brzmi paradoksalnie, ale to prawda. Aż chce się powiedzieć: "Profilaktyka, głupcze!"
   Najlepszym przykładem jest bardzo aktualna sprawa z niebezpiecznymi odpadami. Od niedawna zakres obowiązków inspektoratu został poszerzony o ochronę środowiska. Kiedy inspektorzy przychodzą do laboratorium, okazuje się, że oficjalnie problem ten nie istnieje. A przecież jest na PW kilka wydziałów, na których są prowadzone poważne prace z wykorzystaniem niebezpiecznych substancji. Niektórzy kierownicy pukają się w głowę, gdy słyszą hasło "ochrona środowiska". Przez tyle lat wylewało się do zlewu odczynniki oznaczone symbolem R50 (jedne z najgroźniejszych) i nic się nie działo. Sto razy nic, ale za setnym pierwszym może. I dlatego należy zainwestować w utylizację takich substancji. Na dodatek nasi świeżo upieczeni inżynierowie powinni z uczelni wynieść nawyk segregowania i unieszkodliwiania groźnych odpadów, bo to nie są papierki po cukierkach.
   Mniej spektakularne są działania związane z oceną miejsca pracy. Zazwyczaj pracownicy są powiadamiani przez Społecznego Inspektora Pracy. Sprawdzają, czy w danym pomieszczeniu jest dostateczna ilość światła, odpowiednia wentylacja itd. Wyobraźmy sobie, że po trzech czy też pięciu miesiącach pracy zaczynają nas systematycznie boleć oczy albo kręgosłup. To może (ale nie musi) być skutek źle przygotowanego miejsca pracy.
   Typowym sposobem pracy inspektorów jest kontrola. Marianna Frydrycka zastrzega, że nie jest to kontrola w znaczeniu negatywnym i nigdy nie jest niezapowiedziana. W razie wykrycia nieprawidłowości, inspektorzy wskazują błędy i - razem z kierownikiem danej jednostki - starają się je naprawić. Gorzej, jeśli mają do czynienia z poważnym wypadkiem, a skutków nie można cofnąć, bo nie ma dokumentacji dotyczącej miejsca pracy albo wykonywanych obowiązków. Wtedy inspektorat nie ma szans, żeby w jakikolwiek sposób pomóc. Takie sprawy kończą się postępowaniem prokuratorskim. Na szczęście należą do rzadkości. Nad bezpiecznymi warunkami naszej pracy czuwa siedmiu inspektorów. Niektórzy - jak na przykład Marianna Frydrycka, która ukończyła Wydział Inżynierii Lądowej - są absolwentami Politechniki. Dzięki temu dobrze znają teren. Wszyscy mają uprawnienia instruktorów do przeprowadzania różnych szkoleń z zakresu BHP oraz pierwszej pomocy.

Znowu kontrola

   Z inspektoratu przenosimy się na drugą stronę korytarza. Tam, za drzwiami bez tabliczki, Arkadiusz Sobala, kierownik Zespołu Kontroli Wewnętrznej, wraz z pracownikami, przygotowuje nowe lub podsumowuje właśnie zakończone kontrole. ZKW to coś pomiędzy politechniczną prokuraturą a izbą kontroli. Choć może raczej to drugie.
   - Przeprowadzane postępowania kontrolne mają na celu ustalenie, czy stan faktyczny zgadza się ze stanem wymaganym. Może się zdarzyć, że zaciągnięte zobowiązanie jest, co prawda, zgodne z prawem, ale niekorzystne dla uczelni - wyjaśnia Arkadiusz Sobala.
   Zanim jednak dojdzie do kontroli, pracownicy zespołu muszą się do niej przygotować. Studiują obowiązujące przepisy zewnętrzne i wewnętrzne, wyszukują obszary szczególnie narażone na wystąpienie nieprawidłowości, ale przede wszystkim starają się rozpoznać specyfikę każdej jednostki. Należy przy tym do minimum ograniczyć ryzyko pomyłki. Według kierownika ZKW, nie myli się tylko ten, kto nic nie robi. Błąd popełnić można zawsze. Nie szukają nieprawidłowości na siłę, sprawdzają po prostu najbardziej newralgiczne miejsca. Jednocześnie próbują pomóc uporządkować sytuację kierownikowi kontrolowanej jednostki. Zdarza się, że przepisy są niespójne, często się zmieniają. Ich jakość pozostawia wiele do życzenia. Trudności interpretacyjne są ogromne. Wielokrotnie można odnieść wrażenie, że najważniejszą intencją ustawodawcy była zasada: "Po co prosto, skoro można skomplikować". Ponadto przepisy często nie uwzględniają specyfiki wyższych uczelni.
   Wiele spraw daje się naprawić w trakcie kontroli, w tzw. trybie operatywnym. Do rektora kierowane są w zasadzie propozycje te, których zrealizowanie wykracza poza kompetencje kierownika kontrolowanej jednostki lub te, dotyczące uchybień, których skutków cofnąć nie można. Rektor zawiadamiany jest natychmiast, jeśli w toku kontroli ujawnione zostało ewentualne przestępstwo.
   Zespół może przeprowadzać rekontrole, podczas których sprawdza, czy wykonano wszystkie zalecenia pokontrolne wydane przez rektora.
   Bywało, że po kontroli wewnętrznej przychodzili na uczelnię inspektorzy Najwyższej Izby Kontroli. Po zapoznaniu się ze sprawozdaniem zespołu, wnioskami i zaleceniami oraz ich realizacją, odstępowali od kontroli. Wiadomo, że nikt nie lubi być sprawdzany. Dlatego należy to robić umiejętnie, nie obciążając zbytnio pracowników jednostki kontrolowanej, którzy nie mogą przerwać swojej normalnej pracy. Okazuje się, że większość skontrolowanych jednostek jest zadowolona.

Uciec jak najsprawniej

   Najprościej mówiąc, Inspektorat Ochrony Przeciwpożarowej na PW zajmuje się przygotowaniem budynków PW na ewentualne zagrożenie. Czyli: urządzenia przeciwpożarowe mają być sprawne, a wyjścia ewakuacyjne - otwarte. To chyba polska cecha, że jeśli do budynku jest kilka wejść, otwarte jest na ogół tylko jedno. Brygadier Janusz Płonczyński, szef IOP PW, nazywa to wprost: skrajną głupotą. Nieraz miał okazję oglądać wyjścia zawalone starymi sprzętami. Na szczęście na niektórych wydziałach zostały już zamontowane pod klamkami specjalne przyciski, które pozwalają otworzyć drzwi od wewnątrz. Alarmowe otwieranie tego typu będzie stopniowo montowane przy wszystkich wejściach.
   Codziennie pięć osób z IOP systematycznie lustruje wszystkie obiekty i pomieszczenia. Co najmniej raz w roku Inspektorat musi przedstawić kierownictwu Uczelni ocenę stanu bezpieczeństwa pożarowego. Oprócz tego zajmuje się odbiorem nowych i remontowanych pomieszczeń. Najbardziej pracochłonne jest przygotowanie schematów ewakuacji na wypadek pożaru albo innego zagrożenia.
   Janusz Płonczyński pokazuje teczki ze schematami ewakuacyjnymi kilku imprez:
   - Każda, która odbywa się w Dużej Auli, jest konsultowana z nami. Musimy wiedzieć wszystko: gdzie będą stoły, krzesła, scena, catering. Kiedyś, mimo naszych uwag, postawiono naczynia z podgrzewanymi potrawami tuż przy czujkach pożarowych, które natychmiast się włączyły. A za każdy nieuzasadniony przyjazd straży pożarnej trzeba płacić. Dbamy też, aby nie zostały zastawione drogi do drzwi ewakuacyjnych. Przed każdą imprezą sporządzamy plan, na którym wszystko jest zaznaczone, włącznie z rozmieszczeniem ratowników.
   To oni czuwają nad bezpiecznym przebiegiem imprezy. W razie zagrożenia schemat przewiduje precyzyjne rozśrodkowanie ludzi, czyli skierowanie ich do odpowiednich wyjść.
   Jak postępuje Inspektorat, gdy organizator imprezy - mimo uzgodnień - zrobi coś, co może zagrażać bezpieczeństwu uczestników? Janusz Płonczyński odpowiada:
   - Pytam wtedy organizatora, czy chce się z tą imprezą wynieść na Pola Mokotowskie.
   Podobno skutkuje.
   Zgodnie z definicją, impreza masowa - to taka, w której bierze udział ponad trzysta osób. Statystycznie, np. w przypadku wybuchu, połowa ginie, a 25% ulega wypadkom. Ważne jest więc, by zminimalizować liczbę ofiar. Jedno z wyjść ewakuacyjnych, od strony Biblioteki Głównej, ma pochylnię. Na co dzień służy osobom niepełnosprawnym. Podczas ewakuacji pochylnią, nosze na wózkach mogą zjeżdżać wprost do podjeżdżających karetek. Od strony głównego wejścia na Placu Politechniki można w ciągu czterech minut rozstawić namiot - prowizoryczny szpital polowy.
   Trzeba przyznać, że w planach sporządzanych przez IOP wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Współpracuje też ze strażakami z Polnej, sugeruje organizatorom imprez wynajęcie prywatnej firmy, z którą współpracuje od lat, zatrudniającą wyspecjalizowanych pożarników i ratowników.
   - Są nie tylko profesjonalistami, ale przede wszystkim dobrze znają gmach. Poza tym dobrze współpracować ze sprawdzonymi ludźmi - tłumaczy Janusz Płonczyński.

Nie zostać strażakiem

   Sen z powiek pracownikom IOP może spędzać Wydział Chemiczny i zgromadzone tam materiały toksyczne, łatwopalne i wybuchowe. Czasem trudno przewidzieć efekt łączenia różnych związków chemicznych. Nie można jednak dopuścić do sytuacji, w której - ze względu na prowadzone prace badawcze i wykłady - może być narażone życie pracowników i studentów.
   - Daję na tacę u św. Floriana, patrona strażaków. Dlatego uczelnia jest bezpieczna - żartuje brygadier Płonczyński.
   Mówiąc poważnie, ze szczególną starannością przygląda się laboratoriom oraz sposobowi przechowywania materiałów niebezpiecznych. Sami pracownicy są zobligowani do zachowania szczególnej ostrożności. Janusz Płonczyński wspomina dziś ze śmiechem, choć wtedy do śmiechu mu raczej nie było, pożary i eksplozje, których "autorem" był prof. Kazimierz Starowiejski.
   Od tamtej pory wiele się zmieniło. Dziś, kiedy zaczyna się palić, to...?
   - Przede wszystkim nie należy wpadać w panikę - słyszymy. - Wyobraźmy sobie - trwa wykład, a w pomieszczeniu obok jest pożar. Jeśli ktoś wpadnie na salę i krzyknie: "Pali się!", ludzie spanikują, będą się tłoczyć i tratować przy wyjściu, część bezradnie pozostanie na miejscu. Najlepiej wejść, powiedzieć, że są ćwiczenia pożarowe, że trzeba opuścić salę i skierować ludzi do wyjścia ewakuacyjnego. Wtedy wszystko przebiegnie sprawnie i spokojnie.
   No dobrze, jesteśmy sami w pokoju i zaczyna się palić. Wiemy - czy inni też? - gdzie jest najbliższa gaśnica. Idziemy po nią, zdejmujemy z wieszaka i - w przypadku kobiet pojawia się problem. Gaśnica waży ponad 6 kg... Barbara Grabowska z IOP przynosi gaśnicę i funduje lekcje poglądową. Instrukcja obsługi jest prosta: wyciągnąć zawleczkę, ścisnąć dwie czerwone wajchy i skierować wąż w stronę pożaru. Nie dla każdego może to być proste, mimo że strach dodaje sił.
   Na szczęście pani Barbara wyjaśnia spokojnie:
   - Ustawa o ochronie przeciwpożarowej mówi, że w razie pożaru lub klęski żywiołowej trzeba po pierwsze zawiadomić osoby znajdujące się w pobliżu, a po drugie zadzwonić do straży pożarnej. Nic tam nie ma o tym, że mamy gasić pożar. Od tego są fachowcy, nie ma sensu się narażać. Ale umiejętność obsługi gaśnicy może się przydać.
   I tym optymistycznym akcentem kończymy wizytę w Inspektoracie Ochrony Pożarowej PW.

12 kg marchewki

   Na ulicach wokół Politechniki królują głównie egzotyczne jadłodajnie. W biurowcach są barki, w których przygotowuje się dania odgrzewane w kuchenkach mikrofalowych. Ale są też miejsca, gdzie można zjeść obiad jak u mamy. Taka jest np. stołówka Politechniki Warszawskiej, nazywana oficjalnie Zakładem Żywienia Zbiorowego. Oprócz sześciennego budynku kojarzącego się z ciastkiem, w jej skład wchodzi też Kawiarnia Rektorska w Gmachu Głównym. Stołówka powstała w roku 1973. Ruch w kuchennym interesie zaczyna się o dziewiątej rano, kiedy szefowa kuchni przydziela zadania kucharkom. Produkty z magazynu trafiają na deski i do garnków. Na przykład 8 stycznia, według raportu dziennego OB005/01, z magazynu pobrano między innymi 81 sztuk jajek, 20 kilogramów chleba (jako dodatek do zupy, bo zupa najlepiej smakuje z chlebem), 12 kilogramów marchewki, 16 litrów oleju, prawie 20 kilogramów jabłek kwaśnych i 30 kilogramów czerwonej kapusty na surówkę. Tyle potrzeba na przygotowanie około 400 obiadów dziennie, bo tyle wydaje ich stołówka "przy pełnym obłożeniu", w środku roku akademickiego. Tutaj wszystko robi się domowymi metodami i tylko ze świeżych produktów, co podkreśla Renata Sobolewska, kierownik ZŻZ: pierogi są pracowicie zawijane przez kucharki, a placki ziemniaczane smażone ze startych na miejscu ziemniaków. Zupa fasolowa tylko z surowej fasoli, nic z puszki. Pasztet? Tylko pieczony na miejscu. Warzywa kupuje się obrane, bo od razu widać, czy nie są robaczywe. No i nie ma co robić z obierkami.
   Zgodnie z ustawą o bezpieczeństwie żywienia i żywności, należy codziennie odkładać próbki jedzenia, które są przechowywane przez 24 lub 48 godzin. Chodzi o to, żeby mieć możliwość odparcia zarzutów o ewentualne zatrucia. O ile te ostatnie się nie zdarzają, często pojawiają się naloty San-Epidu.
   W przepastnym, trzystulitrowym garze gotuje się zupa na korpusach z kurczaków, mieszana długą drewnianą warząchwią. Z takim gotowaniem nie ma żartów - trzeba uważać, żeby nie wpaść do środka.
   W kuchni robi się też kanapki na politechniczne uroczystości. Leżą na tacach eleganckie, przybrane smakowitymi dodatkami: sałatą, łososiem, żółtym serem.
   Bardzo ważną sprawą w kuchennym świecie jest gramatura. Stołówkowa gramatura jest ustalana na podstawie liczby kalorii, jaką powinien zawierać każdy posiłek. Trzeba podkreślić, że konsumenci dostają tyle, ile jest zapisane w jadłospisie. Niektóre restauracje stosują trik, który jest, co prawda, dozwolony, ale nie do końca fair wobec klientów: podają gramaturę przed przygotowaniem. Na przykład: schab pieczony - 150 gram. Po upieczeniu mięsiwo w naturalny sposób traci nawet połowę swojej wagi i na talerzu dostajemy np. 80 gram.
   W sali obok stoi KT 1200 - mercedes wśród zmywarek. Dosłownie i w przenośni - kosztuje tyle, ile średniej klasy samochód. Teraz jeszcze stoi bezczynnie, ale już za kilkanaście minut ruszy z kopyta. Zmywa 1200 talerzy na godzinę. Po trzech minutach od włożenia, naczynia wyjeżdżają umyte, wyparzone i nabłyszczone. Aż chce się z nich jeść.

Rumsfordzka raz!

   Jedzenie ma być gotowe na 1245, bo o 1300 zaczyna się wydawanie posiłków. 14 stycznia w jadłospisie znalazła się zupa rumsfordzka, stek wieprzowy lub kotlet wołowy, ziemniaki, marchewka z bułką tartą lub pory z jabłkiem w majonezie. I kompot.
   Z tą zupą rumsfordzką - z ziemniaków, grochu i ryżu, jest cała historia. Zdarzyło się parę razy, że profesorowie pytali studentów, dlaczego przysypiają na wykładach. Studenci odpowiadali, że to z powodu podanej na stołówce zupy rumsfordzkiej, w której ani chybi musiał być rum - jak sama nazwa wskazuje. Z kolei asystenci z Wydziału Chemicznego, na wieść o tym, że w jadłospisie figuruje zalewajka, zachowują się nerwowo, bo za każdym razem się nią zalewają. To znaczy oblewają. A poważniej - należy wspomnieć też o prof. Grzegorzu Jemielicie, dziekanie Wydziału Inżynierii Lądowej, który ze środków wydziału dofinansowuje studentom stołówkowe zupy. Dzięki temu płacą tylko złotówkę, a pozostałe dwa złote dopłaca wydział.
   Do stołówki, oprócz studentów i pracowników uczelni, przychodzą też pracownicy z pobliskich biurowców. Najwyraźniej kanapki i kawa z biurowego barku nie zaspokajają w pełni ich apetytu. Niestety, obiady stołówkowe podrożały. Od stycznia podatek VAT wzrósł z 7 do 22%.
   Wydawanie obiadów kończy się o 1630. Wtedy też zjawiają się maruderzy, którzy najwyraźniej przychodzą o tej porze z premedytacją i jeszcze narzekają, że nie ma już dwóch mięs do wyboru. Trochę jak w "Misiu" Barei. W magazynie stołówki są jeszcze stoliki i naczynia pamiętające lata 70. Pracownicy czasami żartują, czy nie zrobić takiego siermiężnego, socjalistycznego zakątka w stołówce.
   Mimo konkurencji ze strony okolicznych barów i kebabiarni, Renata Sobolewska nie przewiduje wprowadzenia dań fast-foodowych. Bez względu na skutki finansowe. I bardzo dobrze, bo mimo pojawiającej się powoli mody na slow-food, wciąż niewiele jest miejsc, w których można zjeść obiad jak u mamy. I my tam byliśmy. I obiad zjedliśmy, i kompot wypiliśmy.

Cztery razy dłużej

   Zupełnie inną specyfikę pracy ma Straż Akademicka. Jako jedyna na PW działa całą dobę. Statystycznie, pracuje ponad cztery razy dłużej niż pozostałe jednostki na Politechnice i to na dwunastogodzinnych zmianach. Została powołana w roku 1998 przez ówczesnego rektora Politechniki Warszawskiej, prof. Jerzego Woźnickiego. Wcześniej działał tu Inspektorat Ochrony Mienia.
   Strażników w zielonych mundurach można najlepiej zaobserwować podczas dużych imprez: inauguracji roku akademickiego lub Wielkiej Muzyki w Małej Auli. Na posterunkach jest prawie cała obsada - ponad czterdzieści osób, z wyjątkiem pracowników Całodobowego Centrum Kierowania oraz strażników przy bramie. Z zewnątrz wygląda to niepozornie, bo przez całą uroczystość strażnicy po prostu stoją gdzieś z boku. A tak naprawdę, każdy z nich ma określone zadania. Ich planowanie zaczyna się nawet kilka miesięcy wcześniej. Każde takie przedsięwzięcie wymaga ścisłej współpracy z innymi służbami - policją i strażą miejską. Uczelnia ma status eksterytorialności, co oznacza, że na teren Politechniki służby mundurowe mogą wejść tylko w określonych przypadkach, zazwyczaj za zgodą rektora. Oczywiście istnieją odstępstwa od tej reguły, np. jeśli w uroczystościach biorą udział wysocy urzędnicy państwowi. Wtedy do Gmachu Głównego wchodzą funkcjonariusze Biura Ochrony Rządu.
   Na co dzień straż spotyka się z przeróżnymi przypadkami. Niektóre z nich są zabawne, inne całkiem poważne, wręcz dramatyczne. Komendant Straży Akademickiej, Jacek Piliszek - na Politechnice od 12 lat - zauważa, że podlegli mu pracownicy są najbardziej efektywni wtedy, kiedy widać ich najmniej. Jako przykład przytacza akcję, która zaczęła się niepozornie, bo od... przekrzywionej kamery na budynku Inżynierii Środowiska. Operator monitoringu zauważył, że kamera pokazuje chodnik, zamiast dobrze mu znanego fragmentu Terenu Głównego. Przez radio poprosił patrol, żeby sprawdził, co się stało. Strażnicy stwierdzili, że kamera jest przekręcona. Sprawdzili pokój, który znajdował się nad nią. Był to gabinet dziekana, z którego zginęły jego osobiste rzeczy. Złodziej wykorzystał mocowanie kamery jako drogę ucieczki. Strażnicy dokonali tzw. zamknięcia i lustracji obiektu, czyli stanęli przy furtkach i dyskretnie obserwowali osoby wychodzące. Złodziej ze skradzionymi rzeczami został zatrzymany na Wydziale Fizyki. Kolejna akcja: patrol został w nocy poinformowany przez portierów, że gmach pewnego wydziału jest od dłuższego czasu obserwowany przez postać kryjącą się w śmietniku. Po sprawdzeniu okazało się, że "przestępcą" była naturalnej wielkości tekturowa postać. Na pamiątkę tego niewątpliwie groźnego zdarzenia, komendant "zaaresztował" ją i do dzisiaj trzyma za drzwiami swojego gabinetu.
   Mózg Straży Akademickiej mieści się w Gmachu Głównym. To wspomniane już Całodobowe Centrum Kierowania. To tam przez całą dobę czuwają pracownicy obserwujący obrazy ze wszystkich kamer zamontowanych na Politechnice. Z tym miejscem uzyskujemy połączenie po wykręceniu numeru alarmowego Straży Akademickiej - wewnętrzny 6666. Osoby, które dyżurują w CCK muszą wykazywać się opanowaniem i umiejętnością szybkiego podejmowania decyzji. Bo ludzie dzwonią z przeróżnymi sprawami. Od źle zaparkowanych samochodów, do kradzieży. W czasie szczególnie mroźnych zim zdarza się, że strażnicy muszą usuwać bezdomnych koczujących na IV piętrze Gmachu Głównego. Praca straży nie skupia się tylko i wyłącznie na terenie PW. Kamery monitoringu umożliwiają też obserwowanie placu Politechniki. Z nagrań tych kamer korzysta policja, tak jak było w przypadku napadów na kobiety powtarzających się wokół Politechniki pod koniec roku 2007. Ich sprawcy zostali złapani. Praca strażników nie kończy się na interwencjach. Każde zdarzenie, niezależnie od swojej rangi, musi znaleźć się w raporcie dziennym, z których następnie sporządzane są miesięczne i roczne.

Staż w straży

   Komendant Piliszek bez fałszywej skromności przyznaje, że straż jest najlepszą tego typu formacją wśród działających na polskich uczelniach. W ciągu ostatnich kilku lat udało mu się odmłodzić kadrę. Do pracy przyjmowani są zazwyczaj młodzi, dobrze zbudowani, opanowani ludzie. To bardzo ważna sprawa, bo chociaż strażnicy mają na wyposażeniu paralizatory i broń gazową, najważniejsza jest - podobnie jak w przypadku brytyjskich policjantów - siła autorytetu.
   Około 80% pracowników ma licencje i certyfikaty dotyczące np. ochrony obiektów, ochrony fizycznej, zabezpieczenia technicznego lub rozpoznania pirotechnicznego. Niektórzy mają zezwolenia na broń ostrą. Każdy został przeszkolony w zakresie udzielania pierwszej pomocy.
   Komendant chyba słusznie przekonany jest o doskonałym działaniu straży, bo niedawno trzech strażników odeszło do policji. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że kilka lat wcześniej starali się o pracę w policji i zostali odrzuceni. Po "stażu" w straży zostali przyjęci, mimo że byli starsi, niż przewidywały policyjne kryteria. Z jednej strony powoduje to kłopoty kadrowe, z drugiej świadczy o poziomie Straży Akademickiej.
   Straż roztacza swoją pieczę nad wszystkimi terenami należącymi do PW: oprócz Terenu Głównego i Południowego - są to obiekty przy ulicy Poleczki, Bytnara, dom studencki przy Górnośląskiej oraz ośrodki wczasowe w Sarbinowie, Ubliku, Wildze, Grybowie, a nawet studencka koliba w Bieszczadach. Trwają prace nad zorganizowaniem filii jednostki straży w Płocku.
   Straż zarządza politechnicznymi parkingami. Sprzedaż kart parkingowych przynosi uczelni około miliona złotych rocznie. Komendant przyznaje, że - jak na potrzeby Politechniki - nie jest to dużo, ale są to pieniądze nie do pogardzenia. Prowadzone są szkolenia dla portierów. Każdy z nich otrzymał specjalną książkę opracowaną przez Straż Akademicką, w której znajdują się zasady postępowania w określonych przypadkach oraz obowiązujące przepisy.

53 węzły odpowiedzialności

   Zazwyczaj nie zastanawiamy się, kto czuwa nad sprawnymi kaloryferami. Zaczynamy dopiero, gdy przestają grzać. Politechnika - z punktu widzenia centralnego ogrzewania - to kilometry rur. Tylko pod Terenem Głównym jest prawie 3,5 km sieci cieplnej. Są też 53 węzły ciepłownicze, z których ciepło dostarczane przez SPEC jest rozprowadzane do pomieszczeń. To państwo w państwie, którym rządzi główny specjalista ds. ciepłowniczych Politechniki, Witold Łozowski.
   Pytany o zakres obowiązków, mówi nie tyle o nich, ile o odpowiedzialności za... ciepło. Kiedy zaczynał pracę, był majstrem w ekipie technicznej nadzorującej stan instalacji. Dzisiaj został z niej tylko jeden pracownik, a on jest "pojedynczą jednostką" umiejscowioną, podobnie jak np. główny energetyk, w Dziale Planowania Inwestycji i Remontów.
   W połowie lat 90. była na PW tendencja do pozbywania się własnych służb, a prace zlecano firmom zewnętrznym. Miało to obniżyć koszty.
   - Wyobraźmy sobie, że temperatura spada do -20°C i jest awaria. Firmy zewnętrzne mają sporo pracy, a ich pracownicy nie od razu wiedzą, gdzie znajduje się zawór. Rotacja w firmach jest spora, a na Politechnice - nie. Człowiek, który tutaj pracuje, zna teren - tłumaczy Witold Łozowski.
   Kilkanaście lat temu, kiedy temperatura spadała poniżej -10 stopni, organizowano całodobowe dyżury. Dzisiaj dyżury też są, ale do 2200. Pod telefonem są hydraulik i elektryk. Później, jeżeli coś się dzieje, należy dzwonić do służb miejskich, które zakręcają wodę i koniec. Awaria jest usuwana następnego dnia, najczęściej własnymi siłami. O tym, co się dzieje przy niskiej temperaturze, kiedy budynek nie jest ogrzewany, Witold Łozowski mówi obrazowo, choć... nie nadaje się to do publikacji. W ciągu ostatnich lat takich sytuacji z instalacją c.o. na szczęście nie miał. Jednak przy bardzo niskiej temperaturze, bez względu na godzinę, musi zajrzeć do rozdzielni i sprawdzić parametry. Za to odpowiada.
   Na szczęście nie budzą go już nocne telefony. Ostatnia większa awaria, jak wspomina, miała miejsce prawie dwa lata temu i nie dotyczyła c.o. Zapchała się kanalizacja w "Mikrusie". Fekalia wyciekły i pływały po jednym z pięter. Wyglądało to kiepsko.
   Ostatnio przyszedł mu do głowy pomysł, aby pokazać studentom podziemia Politechniki. Jest co oglądać. Tu toczyły się walki w czasie Powstania Warszawskiego, sporo działo się w stanie wojennym. Jeżeli znajdą się chętni, to z przyjemnością otworzy kanały dla miłośników PW.

Ściśle niejawne

   Zgodnie z przepisami, niektóre instytucje, z uwagi na niejawny charakter pewnych dokumentów, powinny posiadać kancelarie tajne. Tak jest też na PW. Dokumenty mogą mieć różne klauzule. Od "zastrzeżone", poprzez "poufne" do "ściśle tajne". Dostęp do nich mogą mieć jedynie wybrane osoby, posiadające odpowiednie certyfikaty.
   W czasach PRL-u, na wyrost utajniano wiele informacji. Obowiązująca ustawa ograniczyła to swoiste szaleństwo tajności. Na PW dokumentów, których trzeba strzec przed osobami niepowołanymi, nie ma zbyt wiele. Zajmują się nimi dwie osoby: Bogdana Ziarkowska z Kancelarii Tajnej i - nadzorujący kancelarię pełnomocnik rektora ds. ochrony informacji niejawnych - Wojciech Zabieżański.
   Ten ostatni ma uprawnienia do nadawania niektórym dokumentom klauzuli niejawności. Sprawdza też, czy niektóre osoby do takich informacji można dopuścić. Cała procedura została w dość skomplikowany sposób uregulowana przez ustawę. Na pewno nie przyznaje się certyfikatu po spojrzeniu komuś głęboko w oczy. Zdarza się, że osoby dopuszczane do dokumentów niejawnych są sprawdzane np. przez ABW.
   Jakież to tajemnice Politechnika posiada? Wbrew powszechnym opiniom nie są to sprawy płacowe czy też dane osobowe. W przypadku tych ostatnich, reguluje te kwestie ustawa o ochronie danych osobowych i nie są one zaliczane do tajnych.
   Niejawność pojawia się tam, gdzie wielu się tego nie spodziewa - przy pracach naukowych. Zdarza się, że badania lub konkretne prace wdrożeniowe wykonywane są na zamówienie firm zewnętrznych, tak to ogólnie nazwijmy, a z uwagi na swój charakter, wyniki bądź cel, któremu służą, muszą być w części lub całości utajnione. Dotyczy to często treści umów, lub ich fragmentów, zawieranych pomiędzy Politechniką a zleceniodawcą. Osoby, które tym się zajmują, muszą posiadać certyfikaty dopuszczające ich do udziału w pracach. Podobnie bywa z badaniami własnymi - aby skorzystać z utajnionych danych koniecznych dla kontynuacji pracy, badacz musi posiadać odpowiedni certyfikat.
   Ponadto zadaniem kancelarii tajnej jest posiadanie informacji o znajdujących się na uczelni niejawnych dokumentach oraz miejscu ich przechowywania.
   Jak się okazuje, o wiele bardziej tajny jest Dział Spraw Obronnych, o pracy którego, kierownik, dr Henryk Lampe, mówi dość enigmatycznie. Chodzi o obronność Uczelni w czasie pokoju i wojny oraz ratownictwo ludzi i mienia w przypadku zagrożeń. "MIESIĘCZNIKOWI" zdradza, że są opracowane różnorodne procedury, ale mają one charakter tajny. Jego dział współpracuje ze służbami ratownictwa technicznego stolicy, służbą zdrowia, policją i MON - w dziedzinie informacji o osobach podlegających służbie wojskowej. Tyle udało nam się dowiedzieć.

Jakość przede wszystkim

   W każdej dużej firmie mogą wystąpić kłopoty związane ze sprawnym przepływem i przejrzystością informacji dotyczących np. administracji i finansów. Zgodnie ze Statutem PW, czuwa nad tym Zespół ds. Systemu Zarządzania Jakością w Administracji. Sam system został powołany przez rektora w grudniu 2006 roku. Kilka lat wcześniej podobne działania prowadził Andrzej Bryła, ówczesny dyrektor administracyjny.
   Głównym celem zespołu jest wspieranie jednostek uczelni w opracowaniu procedur koniecznych do dokumentowania swoich działań, a także sprawdzanie, czy przepisy wewnętrzne są zgodne z obowiązującymi przepisami prawa. Pewne sprawy nie są regulowane przez przepisy uczelniane, ale wymagane na mocy aktów zewnętrznych. Takie rzeczy należy udokumentować i uporządkować. Działa to na zasadzie "od ogółu do szczegółu" i wiąże się z ujednolicaniem przepisów zamieszczonych w założeniach ogólnych, uchwałach, stanowiskach i szczegółowych rozwiązaniach poszczególnych jednostek. Do zadań systemu należy ułatwienie dostępu pracownikom do niezbędnych przepisów.
   - Zawsze się zastanawiamy, czy wprowadzenie procedury na pewno jest niezbędne - mówi Aneta Jodłowska z Zespołu ds. Systemu Zarządzania Jakością w Administracji. - Najpierw przeprowadzamy analizę istniejących wewnętrznych przepisów prawnych - w wielu przypadkach okazuje się, że są one wystarczające. Dlatego procedury tworzymy tylko w razie potrzeby.
   Zespół uczestniczy w pracach nad stworzeniem Zintegrowanego Systemu Informatycznego Wspomagania Zarządzania Uczelnią. Zajmuje się, między innymi, analizowaniem spójności pomiędzy różnymi elementami wdrażanych procesów.

***

   Politechnika Warszawska nie mogłaby działać bez setek pracowników, którzy w "niewidoczny" sposób przyczyniają się do bezawaryjnego funkcjonowania wielkiego mechanizmu, jakim jest nasza Uczelnia. Jednostek pracuących na potrzeby sprawnego działania PW jest więcej, jednak - z powodu szczupłości miejsca - w tym numerze MPW mogliśmy opisać tylko niektóre z nich. Do tematu powrócimy w przyszłości.
Tekst i zdjęcia: MICHAŁ LEŚNIEWSKI
Współpraca: JOANNA KOSMALSKA, JOANNA MAJEWSKA

Powrót do strony głównej