Pół wieku z PW


   W czasie II wojny światowej podwarszawskie miejscowości przyjęły wielu uchodźców ze zburzonej stolicy. Mimo wojennej zawieruchy panował w nich względny spokój. Wiele rodzin wybuch wojny we wrześniu 1939 zastał na wakacjach w domkach letniskowych. Tak stało się też w przypadku rodziny WITOLDA WIERZEJSKIEGO, późniejszego elektronika, długoletniego pracownika Politechniki, który wtedy był małym chłopcem.
   Wojnę spędził w Zalesiu, gdzie jego rodzina miała dom. Udało się go zbudować dzięki temu, że matka wygrała na przedwojennej loterii cztery tysiące złotych.
   Przyszły doktor Politechniki Warszawskiej chodził do szkoły w Zalesiu, a kiedy ją zamknięto, uczył go ojciec-nauczyciel, który prowadził tajne nauczanie. W wolnych chwilach młody chłopak próbował oderwać się od myśli o wojnie, próbując sił na pożyczonym akordeonie. Po wojnie, w roku 1945, utworzono w Zalesiu tzw. platerówkę, czyli liceum i gimnazjum imienia Emilii Plater. Przez pewien czas dyrektorem tej szkoły był ojciec Witolda Wierzejskiego. Tam też, w roku 1948, Witold zdał maturę i wybrał studia na Politechnice. Mimo że na egzaminie osiągnął niezłe wyniki, nie od razu został przyjęty na Wydział Elektryczny. Ówczesny rektor, prof. Edward Warchałowski, zalecił takim niby-studentom, aby chodzili na zajęcia i zdobywali kolejne zaliczenia. Chodziło o to, żeby wykruszyli się studenci przyjęci preferencyjnie, trochę "na siłę", z racji swojego robotniczo-chłopskiego pochodzenia.
   Po kilku miesiącach, tuż po Bożym Narodzeniu, Witold Wierzejski, podobnie jak jego koledzy, poznani na miesięcznym kursie przygotowawczym, został pełnoprawnym studentem. Jeszcze przed otrzymaniem dyplomu inżynierskiego, od roku 1950, zaczął pracować w biurze projektowym Polskiego Radia, aby zrealizować przymusowy wówczas nakaz pracy. Jak wspomina, było to nudne zajęcie i tak naprawdę nie było tam nic do roboty. Chociaż - zaprojektował wtedy wymiarownię i rozdzielnię dla rozgłośni międzynarodowej przy Alei Niepodległości.
   Mniej więcej w tym samym czasie zaczął śpiewać w chórze, w kościele akademickim św. Anny, który wykonywał tam msze gregoriańskie. Dr Wierzejski wspomina spotkania z prymasem Stefanem Wyszyńskim, które kapłan rozpoczynał zawsze słowami: "Witam Was, bracia i siostry w Chrystusie oraz Was, bracia, którzy jesteście tu służbowo."
   Dyplom inżyniera obronił w lutym 1952 roku. Praca dotyczyła tzw. linii spiralnych. W sierpniu ożenił się z Zofią Piechocką. Swoją przyszłą żonę, jak to często bywa, poznał przypadkowo. Dostał list, którego autorka twierdziła ze zdziwieniem, że otrzymała list, którego on był nadawcą. Wprawdzie go nie zna, ale z przyjemnością się spotka. Witek rzeczywiście nie napisał żadnego listu. Napisała go koleżanka Zofii. Znajomość trwała trzy lata, po czym zdecydowali się na ślub, a ich małżeństwo trwa do dzisiaj. Przeżyli już razem 56 lat.

Najszybszy w Europie

   W roku 1952 Witold Wierzejski zakończył pracę w Polskim Radiu. Dwa lata później powrócił na studia na Politechnice, aby skończyć poziom magisterski. W roku 1956 zaczął pracę na PW. Oprócz prowadzenia zajęć, wykonywał prace zlecone - konstruował wzmacniacze i generatory szumowe. Razem z Jerzym Helsztyńskim zbudował rodzaj oscyloskopu - synchroskop, który przez rok był najszybszym tego rodzaju urządzeniem w Europie. Składał się z 250 lamp i transportowano go na specjalnym wózku. W laboratorium powstało około 25 egzemplarzy synchroskopu. Jednak - ponieważ elektronika ciągle szła do przodu - urządzenie szybko stało się przestarzałe.
   Początkowo zajmował się "czystą" elektroniką. Potem jednak przeszedł na elektronikę dla medycyny. Ten kierunek badań zasugerował mu prof. Wiktor Golde - długoletni szef dr. Wierzejskiego na Politechnice. Poznał go podczas pracy w Polskim Radiu.
   Dyplom magistra uzyskał w roku 1959. Niemal dziesięć lat później zaczęła się jego przygoda z podziemiem, co opisał w publikacji "Moje wspominki z konspiry". Podczas "wydarzeń marcowych" i strajku na PW prowadził nasłuch na milicyjnych częstotliwościach - 175 i 102 MHz. Zagłuszał pasmo ubeckich krótkofalówek, jednak - obawiając się wykrycia - szybko z tym skończył. Jest też jednym z autorów fotografii dokumentujących szturm ZOMO na Wydział Elektroniki.
   W tamtym czasie pojawiło się trochę publikacji, które należało skopiować. Skonstruował wtedy prostą kopioramkę, na zasadzie pamiętającej jeszcze czasy przedwojenne, która umożliwiała szybkie powielanie dokumentów.
   Działalność dr. Wierzejskiego w podziemiu trwała do lat 80. Rok przed stanem wojennym napisał i opublikował "Mały poradnik drukarski". Opisywał w nim między innymi, jak skonstruować kopioramkę albo jak z pasty do butów zrobić farbę drukarską. Zawarte tam informacje spotkały się z pewną krytyką środowiska, bo wtedy działały już zakonspirowane powielacze, które naprawiał. Okazało się jednak, że te wiadomości przydały się w stanie wojennym.

Podziemny nadajnik

   Wspólnie z Andrzejem Skorupskim, Wojciechem Zaworskim i Włodzimierzem Tarwackim zbudowali nadajnik, który na częstotliwości Telewizji Polskiej emitował napis "Solidarność żyje". Kiedy pierwszy egzemplarz był gotowy, do domu dr. Wierzejskiego wpadli ubecy i zrobili rewizję w poszukiwaniu składu bibuły. Nie znaleźli jej, ale odkryli nadajnik, schowany w skórzanej torbie. Na zasilaczu znajdował się mniej więcej taki napis: "W czasie ładowania akumulatorów o pojemności mniejszej niż 30 AmH, na zaciski numer jeden i dwa należy włączyć opornik 0,25 Ohma." Był to po prostu kamuflaż. Ubecy stwierdzili, że jest to prostownik do akumulatora samochodowego i odłożyli na miejsce.
   - Miałem wtedy sporo szczęścia. W następnych dniach jeszcze kilka razy ciągali mnie na przesłuchania do pałacu Mostowskich, ale niczego się nie dowiedzieli - opowiada dr Wierzejski.
   Takich nadajników powstało jeszcze kilka. Ktoś wdrożył potem "licencję" i wyprodukował parę następnych. Między innymi z powodu konspiry opóźniły się jego prace nad doktoratem. Obronił go w roku 1983. Praca dotyczyła spiętrzania fal uderzeniowych w liniach opóźniających o liniowych parametrach. Syrena, setka i Tyrkło
   W roku 1957 udało mu się kupić Syrenę. Był to jeden z pierwszych modeli, jeszcze bez oznaczenia. Ze śmiechem opowiada, że uruchomienie prostego, dwucylindrowego silnika wymagało nie lada umiejętności. Jeżeli za krótko trzymał przekręcony kluczyk startera, to silnik potrafił "zaskoczyć" w drugą stronę i w ten sposób można było uzyskać trzy biegi wstecz i jeden do przodu. Mimo tej "drobnej" wady, samochód ten pozwolił mu przemierzyć całą Polskę. Dzięki rodzinnym koneksjom udało się dr. Wierzejskiemu wypożyczyć na jedną noc komplet "setek", czyli map w skali 1:100 000 i skopiować go za pomocą aparatu fotograficznego. Był w tym element ryzyka, bo w tamtych czasach oficjalnie nie wolno było takich map posiadać. Podczas jednego z wyjazdów na ukochane Mazury trafił do Giżycka, a następnie nad jezioro Tyrkło, północno-wschodnią odnogę Śniardw. To miejsce tak mu się spodobało, że zaczął tam bywać co roku. Żeby poznać Mazury od strony zatok i odnóg, zbudował sobie z tworzyw sztucznych "skorupkę", czyli niewielką łódkę. Później kupił jeszcze omegę, którą przepłynął niemal całe jeziora mazurskie. W czasie tych eskapad - oprócz rodziny i znajomych - stałym członkiem załogi był zawsze co najmniej jeden kot.
   Nad jezioro Tyrkło przyjeżdża do dziś. Na początku lat 70. udało mu się kupić kawałek ziemi nad samą wodą. Buduje tam dom, żeby w wolnych chwilach oglądać wschody i zachody słońca nad jeziorem.
   Nie porzucił zainteresowań muzycznych. Po akordeonie, na którym grywał podczas wojny, przerzucił się na gitarę. Obecnie chwali sobie syntezator, dzięki któremu może zaprogramować dwieście instrumentów, a swoje kompozycje zapisać dla potomnych na dyskietce.
   Dr Witold Wierzejski wciąż prowadzi wykłady na Wydziale Elektroniki. Jest promotorem prac dyplomowych. Kontynuuje badania nad elektroniką dla medycyny. Dzięki swoim podopiecznym - opracował system wykrywania deformacji naczyń krwionośnych mózgu: tętniaków i naczyniaków. Pracuje nad podobnym systemem związanym z wykrywaniem wad serca. Jego marzeniem jest przebadanie przynajmniej wszystkich osób na Wydziale. Niestety, nie jest to możliwe, bo jak mówi - doba jest za krótka.
   Chciałby to jednak przeprowadzić, bo bliscy mu są ludzie z PW. Nic na to nie można poradzić, że kiedy tyle lat się o siebie ociera, współpracuje ze sobą - tworzy się wspólny organizm. Który czasem - jak to wśród ludzi - zgrzyta. Gorzej by jednak było, gdyby wcale nie funkcjonował.
   A każdy spór da się ułagodzić, jeśli tylko jest dobra wola. I umiejętność współpracy dla jakiegoś wspólnego celu. Tych zaś jest jeszcze przed nimi parę.
MICHAŁ LEŚNIEWSKI
Fot. z arch. dr. Witolda Wierzejskiego

Powrót do strony głównej