Na mury patrz!
Niewielkie prostokąciki, naklejane w różnych, często niespodziewanych miejscach. W autobusach lub na ścianach klubów. W windach. Niosą rozmaite przekazy. Mogą być reklamami lub małymi dziełami sztuki. Vlepki lub wlepki, czyli swojskie naklejki. Wielkie, kolorowe malunki na ścianach, niosące ukryty przekaz, zrozumiały dla wtajemniczonych - graffiti lub murale.
To tylko dwa przykłady zjawiska nazywanego z języka angielskiego "street art", czyli sztuka ulicy. Malowanie na murach jest kontynuacją rysunków naskalnych, które przed tysiącami lat wykonywali nasi przodkowie. Nie wiadomo, jak obecne malunki będą oceniane przez potomnych, ale faktem jest, że odciski dłoni i prymitywnie narysowane sceny polowań są dziś przedmiotem wnikliwych badań archeologów. Tak stało się z rysunkami z norweskiej miejscowości Alta, gdzie odkryto wizerunki na skałach sprzed około sześciu tysięcy lat. W roku 1985 zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO.
Do niedawna tego typu działalność młodych ludzi uznawano za wandalizm. Z czasem okazało się, że dobrze wpisuje się w charakter miasta i jeśli tylko jej efekt umieszczony jest w odpowiednich miejscach, stanowi niewątpliwą ozdobę szarych ścian. W przypadku Warszawy jednym z najlepszych miejsc do tworzenia graffiti okazały się mury Wyścigów Konnych, gdzie grafficiarze mogą legalnie malować. Wartość murali bardzo szybko odkryli specjaliści od reklamy, którzy wykorzystali je jako sposób dotarcia do młodzieży. Dzisiaj, zamiast często prymitywnie wulgarnych bohomazów, można zobaczyć na ścianach warzywniaków wielkie kolorowe napisy "warzywa i owoce". Zresztą, nie jest to nic nowego, albowiem już w latach 70. ślepe ściany budynków w Polsce pokrywały ogromne murale reklamujące jednostki handlu uspołecznionego.
Jak często bywa w takich przypadkach, sztuka graffiti szybko trafiła do galerii. Jeden z brytyjskich twórców murali - Banksy - błyskawicznie zdobył popularność nie tylko z powodu intrygujących malunków na ścianach Londynu i Los Angeles. Do kanonu sztuki ulicznej przeszły jego prace przedstawiające protestującego na ulicy człowieka, który - zamiast "koktajlem Mołotowa" - rzuca bukietem kwiatów, czy też ogromne graffiti na szarym murze pomiędzy Izraelem a Palestyną, gdzie namalował dziurę, przez którą widać brzeg tropikalnej wyspy z błękitnym niebem, zielonkawą wodą i zielonymi palmami. Zasłynął też jako twórca obrazów-pastiszy piętnujących konsumpcyjny styl życia.
Podobnie stało się z wlepkami, które z ulic miasta trafiły do galerii. Jedną z wystaw poświęconych nieformalnemu i oddolnemu ozdabianiu miejskiej dżungli można było oglądać na początku stycznia w klubie "Punkt", w piwnicach Wydziału Architektury. Pokazano tam prace naklejkowych pionierów: między innymi grupy Twożywo, grupy poetyckiej Kajak, a także Jamesa Stronta i Vlepkarza Ziutka.
Wystawa obrazowała twórczość z całego świata. Rzecz jasna, trudno byłoby przynieść do klubu kawałki ścian, dlatego też oglądającym musiały wystarczyć zdjęcia z rzutnika. Zaprezentowali się młodzi twórcy, którzy swoimi projektami na żywo ozdabiali drzwi wejściowe. Ponadto każdy z gości mógł zostawić swój ślad na specjalnych planszach.
Pierwsze wlepki pojawiły się jakieś dziesięć lat temu w autobusach. Ich twórcy, tacy jak Bujnos, wybrali ten środek transportu miejskiego, ponieważ mogły je tam zobaczyć rzesze pasażerów w stosunkowo krótkim czasie. Początkowo były to ręcznie rysowane obrazki, kserowane na papierze samoprzylepnym, pojawiały się też krótkie serie wykonane za pomocą sitodruku, niczym bibuła w stanie wojennym. W miarę rozwoju technik komputerowych, twórcy zaczęli stosować programy graficzne.
Oprócz wymienionych, do tych "skomputeryzowanych" twórców można zaliczyć wlepkarza o pseudonimie Niecny Wybryk.
Bardzo szybko pojawili się kontynuatorzy i naśladowcy, a same wlepki stały się ciekawym środkiem przekazu. Naklejka, niezależnie od swojej treści, może pojawić się wszędzie: na drzwiach, na kawałku gładkiej ściany lub na samochodzie.
Amerykanie już dawno docenili siłę takiego przekazu - w swoich samochodach stosują tzw. bumper stickers, czyli naklejki na zderzaki, na których zamieszczają swoją filozofię życiową.
Może zdarzyć się tak, że w "całodziennym spieszeniu" (od spieszenia się? - wtedy konieczny jest dopisek "się", czy od chodzenia na piechotę? - wtedy jest bez sensu, bo oglądamy przecież wlepki w autobusach; chociaż można też spieszyć do kogoś lub do czegoś) zobaczymy gdzieś malutki kolorowy prostokącik z zaskakującą lub zabawną treścią. Oderwie nas od codzienności i każe zupełnie inaczej spojrzeć na sklepową szybę albo metalową skrzynkę z bezpiecznikami. Dzięki pomysłowej wlepce, także takie miejsc może stać się minigalerią sztuki.
Tekst i zdjęcia: MICHAŁ LEŚNIEWSKI
Powrót do strony głównej